Premium
article miniature

„Polskie półprzewodniki” – hasło, które dziś bardziej zaciemnia niż wyjaśnia

W Polsce debata o półprzewodnikach nabiera tempa, ale wciąż pozostaje na poziomie haseł. Mówi się o suwerenności technologicznej, budowie krajowego ekosystemu i własnej produkcji chipów, nie precyzując, czy chodzi o projektowanie, wytwarzanie, testowanie, materiały, czy konkretne zastosowania przemysłowe. To zasadniczy problem, na który zwraca uwagę Mateusz Zborowski, inżynier z wieloletnim doświadczeniem w branży.

offerings-mobile

–  Jeżeli mówimy o półprzewodnikach, to mówimy o pojęciu tak szerokim, jak transport. Ja nie wiem, czy ktoś, kto mówi o budowie fabryki, ma na myśli stocznię, samoloty, czy hulajnogi. To wszystko jest transport, ale skala, koszty i sens są zupełnie inne – podkreśla na samym początku rozmowy Mateusz Zborowski. 

To porównanie obnaża fundamentalny problem krajowej debaty – brak jednoznacznych definicji i celów. Hasło „polskie półprzewodniki” brzmi dumnie, ale bez doprecyzowania technologii, materiałów i miejsca w łańcuchu wartości pozostaje pustym sloganem. 

– Dla mnie hasło ‘polskie półprzewodniki’ jest tak samo nieprecyzyjne, jak hasło ‘polski transport’. Dopóki nie powiemy, o czym dokładnie mówimy, będziemy kręcić się w kółko – dodaje. 

Zdaniem Mateusza Zborowskiego przymiotnik „polski” w debacie o półprzewodnikach bywa używany zbyt swobodnie, choć w praktyce oznacza bardzo różne konfiguracje interesów, kompetencji i odpowiedzialności. 

– Ja rozumiem »polski« jako zbiór różnych podmiotów i grup podmiotów związanych z Polską – czasem typowo polskich, a czasem zagranicznych – które muszą ze sobą współpracować – tłumaczy. – I nagle widzimy biznes, który przychodzi do nas z zagranicy, widzimy nasze firmy i one też nie są jednorodne

Ten brak jednorodności – jak podkreśla nasz rozmówca – jest faktem, który należałoby uznać za punkt wyjścia, a nie problem do zamaskowania hasłami. Dlatego Zborowski dzieli „polski” krajobraz półprzewodników w sposób bardzo konkretny i praktyczny. 

– Nasze biznesy można podzielić na trzy kategorie – mówi. – Pierwsza to dostawcy dla obszaru półprzewodników. Druga to odbiorcy, czyli firmy, które kupują chipy i integrują je w swoich produktach, na przykład w automotive. I trzecia grupa to firmy, które są faktycznie związane z łańcuchem dostaw półprzewodnikowych

To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie, bo każda z tych grup funkcjonuje w innym rytmie, na innym poziomie ryzyka i z innym zestawem kompetencji. Inaczej wygląda perspektywa dostawcy chemii czy maszyn, inaczej producenta elektroniki końcowej, a jeszcze inaczej firmy, która próbuje budować własne rozwiązania technologiczne w środku łańcucha wartości. 

Do tego dochodzi środowisko akademickie. – Mamy też nasze uczelnie wyższe i środowisko akademickie – zauważa Zborowski. – I oni już mówią innym językiem niż biznes. Inny język ma biznes zachodni, inny nasz biznes, a jeszcze inny - środowisko naukowe. 

W efekcie – jak podkreśla – w jednym ekosystemie funkcjonuje kilka równoległych narracji, które rzadko się spotykają. – Tutaj w ogóle mamy trzy, cztery różne języki między sobą i nie potrafimy się porozumiewać – stwierdza wprost. 

Ten brak wspólnego języka szczególnie mocno widać na styku nauki i przemysłu. – Podmioty akademickie mówią: my zajmujemy się badaniami – relacjonuje. – No i kciuk do góry, tylko biznes nie interesuje się tym, że ktoś zajmuje się badaniami. Biznes chce wiedzieć, jakie jego problemy możecie rozwiązać

Zdaniem Zborowskiego to właśnie brak jasno zdefiniowanego pola współpracy stanowi jedno z największych wyzwań. – Gdzie jest ten obszar współpracy? Tutaj musimy się nad tym zastanowić – podkreśla. 

Do tego ekosystemu dochodzi jeszcze administracja publiczna, która – jak zauważa nasz rozmówca – dysponuje środkami, ale nie zawsze rozumie język pozostałych uczestników. 

– Mamy rządzących i administrację. Oni dysponują środkami publicznymi i muszą nimi rozporządzać, ale oni nie rozumieją języka biznesu i nie rozumieją języka akademickiego – mówi Zborowski. – Im trzeba w prosty sposób wyjaśniać, jakie są potrzeby

W ocenie Mateusza Zborowskiego właśnie dlatego rozmowa o „polskich półprzewodnikach” tak często grzęźnie w ogólnikach. – Jeżeli nie potrafimy się dobrze wyrazić, bo nie wiemy, co chcemy zrobić, to gonimy w piętkę – podsumowuje. – Bez precyzyjnego języka i bez zrozumienia, kto jest kim w tym ekosystemie, nie będziemy w stanie ruszyć dalej

Dlatego – jak podkreśla – kluczowe jest uporządkowanie komunikacji. – Powinniśmy w Polsce nauczyć się mówić o półprzewodnikach w sposób precyzyjny, ale jednocześnie inkluzywny. Tak, żeby biznes to rozumiał, administracja to rozumiała i żeby dało się to wytłumaczyć opinii publicznej

Bez tego – ostrzega – będziemy stać w miejscu. – Kiedy ja słyszę ‘półprzewodniki’, to jest dokładnie to samo, jakbym słyszał ‘transport’. Nie wiem, czy minister mówiący o fabryce ma na myśli budowę stoczni, która zajmie 30 lat, pochłonie miliardy i będzie wymagała stworzenia kadr, czy może mówi o hulajnogach albo rowerach elektrycznych. To wszystko jest transport, ale to są zupełnie inne skale, koszty i sens ekonomiczny

Problem dodatkowo pogłębia skrótowość publicznych wypowiedzi, w których brakuje miejsca na precyzję. –  Jeżeli ktoś ma pięć minut na odpowiedź, to powie ogólnik. A potem nie wiadomo, o czym tak naprawdę mówimy i w którą stronę chcemy iść. W efekcie nie posuwamy się naprzód

Zborowski zauważa, że nawet samo słowo „półprzewodniki” bywa mylące. – Większość ludzi nie rozumie, że półprzewodnik to nie jest materiał, który ‘trochę przewodzi’. To jest materiał, który przewodzi warunkowo. I to jest absolutnie kluczowe

Sięga przy tym po prostą analogię. – Samochód też nie jest urządzeniem, które zawsze jedzie. Jego niezwykłość polega na tym, że kiedy chcemy – stoi, a kiedy chcemy – jedzie. Dzięki temu możemy z nim zrobić bardzo wiele rzeczy. Z półprzewodnikami jest dokładnie tak samo: w jednych warunkach przewodzą, w innych nie. A ponieważ potrafimy te warunki kontrolować, możemy tworzyć ogromną liczbę zastosowań

I to właśnie dlatego – jak podsumowuje – rozmowa o półprzewodnikach musi zejść z poziomu haseł na poziom konkretu. – Musimy jasno mówić, o jakiej skali półprzewodników rozmawiamy. Czy mówimy o czymś porównywalnym do statków, pociągów czy samolotów? Czy o infrastrukturze pomocniczej – torach, paliwie, zapleczu? Bez tego nie będziemy w stanie ruszyć

Jedno słowo, wiele znaczeń 

Zdaniem Mateusza Zborowskiego kluczowym błędem w polskiej debacie jest traktowanie półprzewodników jako jednorodnego obszaru. W praktyce to zbiór technologii, które różnią się nie tylko poziomem zaawansowania, ale przede wszystkim kosztami, zastosowaniami i horyzontem czasowym. 

– Może powiedzmy najpierw jasno, że mamy różne materiały półprzewodnikowe. W zależności od tego, jaki materiał wybierzemy, będzie to warunkowało, jakie koszty poniesiemy, żeby cokolwiek z niego zrobić, jakie produkty wyprodukujemy i gdzie one będą później używane – wyjaśnia. 

Ten wybór – jak podkreśla – jest absolutnie fundamentalny. Od niego zależy, czy mówimy o projektach możliwych do uruchomienia w rozsądnej perspektywie czasowej, czy o wieloletnich programach wymagających ogromnych nakładów finansowych. 

– Jest zupełnie niemożliwe, żeby złapać wszystkie sroki za ogon. Ja w ogóle nie polecałbym myślenia w tym kierunku – zaznacza Zborowski. – Warto się skupić i zdefiniować cele, które realnie potrafimy osiągnąć

Co istotne, nie chodzi wyłącznie o cele odległe. Zborowski zwraca uwagę, że strategia półprzewodnikowa powinna być rozpisana warstwowo – od działań możliwych do realizacji już dziś, przez plany kilkuletnie, aż po długoterminowe. 

– Cele mogą być planem na teraz, mogą być kilkuletnie, mogą być wieloletnie. Moim zdaniem powinniśmy planować na każdym etapie, bo półprzewodniki to nie jest moda. To jest coś, co z nami zostanie i musimy się nauczyć z nimi pracować

W tym kontekście nasz rozmówca odnosi się do inicjatyw, które już dziś pojawiają się w Polsce, w tym do projektu CEZAMAT. – Czytałem o tej inicjatywie i bardzo mocno trzymam za nią kciuki – mówi. 

Jednocześnie Zborowski bardzo precyzyjnie osadza takie projekty w swojej często przywoływanej analogii transportowej. – Ta jedna technologia, o której najczęściej się mówi, to w mojej analogii właśnie ‘statki’. Jak pomyślimy o statkach i historii ludzkości, to jest jedna z najstarszych rzeczy, jakie mamy

Podobnie jest – jego zdaniem – z krzemem. – Technologia w krzemie to jedna z najstarszych technologii półprzewodnikowych. Została wymyślona bardzo dawno temu i przez dziesięciolecia była udoskonalana

To właśnie dlatego dzisiejsze, najbardziej zaawansowane układy krzemowe są tak cenne – ale też dlatego ich rozwój wymaga skali, czasu i kapitału, które trudno zbudować szybko. 

Ten fragment rozmowy prowadzi do jednego, bardzo wyraźnego wniosku: zanim zaczniemy mówić o „własnych półprzewodnikach”, musimy precyzyjnie odpowiedzieć sobie na pytanie, o jakim materiale, jakiej technologii i jakim etapie łańcucha wartości właściwie rozmawiamy. Bez tego nawet najlepiej brzmiące strategie pozostaną zbiorem ogólnych deklaracji. 

Krzem to „stocznia”, nie warsztat 

W naszej rozmowie z Mateuszem Zborowskim temat układów scalonych na krzemie powraca wielokrotnie, bo to właśnie one najczęściej kryją się za publicznymi deklaracjami o „polskich półprzewodnikach”. I to one wywołuje największe emocje – zarówno polityczne, jak i medialne. Zborowski studzi jednak ten entuzjazm, zaczynając od historycznego kontekstu. 

– Technologia w krzemie to jedna z najstarszych technologii, które znamy – mówi. – Natomiast przez to, że mieliśmy tyle lat na jej udoskonalanie, to te najnowsze chipy produkowane właśnie w krzemie są wyjątkowo cenne i to zawsze one powodują ekscytację

To właśnie te układy scalone – najbardziej zaawansowane technologicznie, wytwarzane w najnowocześniejszych procesach – znajdują się dziś w centrum globalnej „wojny o chipy” i stanowią podstawę rozwoju sztucznej inteligencji. 

– To są dokładnie te chipy, o których mówimy w kontekście AI i globalnej rywalizacji – podkreśla Zborowski. 

Jednocześnie podkreśla, że rosnąca świadomość znaczenia tych technologii nie powinna rodzić nierealistycznych oczekiwań. Polska nie ma dziś realnych podstaw, by w przewidywalnym horyzoncie czasowym konkurować z takimi graczami jak Intel czy TSMC

– To nie jest tak, że my możemy konkurować z Intelem czy TSMC – mówi wprost. – Ale my będziemy nabywać kompetencje, jak produkować takie półprzewodniki. 

I właśnie to słowo – kompetencje – porządkuje całą dyskusję. W ocenie Zborowskiego działania w obszarze krzemu miałyby sens nie jako próba szybkiego dogonienia globalnych liderów, lecz jako proces budowania wiedzy o technologii i produkcji. 

– Produkt, który się nie skaluje, to tylko ciekawostka naukowa – zaznacza. – Nawet jeżeli mamy teoretyczne umiejętności zrobienia czegoś, ale nie potrafimy pokazać, że w środowisku produkcyjnym jesteśmy w stanie ‘bawić się w fabrykę’, to znaczy, że nigdy nie będziemy mieli możliwości tego produkowania

To właśnie dlatego technologia krzemowa w jego narracji odgrywa rolę „stoczni” – symbolu ogromnej skali, kosztów i długiego horyzontu budowy kompetencji. 

– Jeżeli chcielibyśmy konkurować ze światem w technologii krzemu, to musimy myśleć o wydatkach takich jak przy budowie stoczni. To perspektywa około 30 lat: zaczynania od prostszych procesów, budowy kadr, ciągłego dofinansowywania i – być może – dopiero wtedy osiągnięcia konkurencyjności – wylicza Zborowski. 

Dlatego krzem powinien stać się punktem odniesienia – to technologia najbardziej zaawansowana, ale jednocześnie najmniej osiągalna dla Polski w krótkiej i średniej perspektywie. Równolegle w naszej rozmowie pojawia się wątek innych materiałów półprzewodnikowych, które oferują zupełnie inny próg wejścia. W tym kontekście Zborowski odwołuje się do kierunku obieranego przez Vigo Photonics

– Prezes Vigo miał bardzo trzeźwą wizję tego, w którym kierunku powinniśmy iść. Oni wybierają zupełnie inne materiały i z nich robią chipy – mówi. 

Te materiały są, jak podkreśla, „młodsze” technologicznie. I tu znów wraca analogia transportowa. – To trochę tak, jak z samochodami i statkami. Statki są bardzo stare, ale samochody jest nam łatwiej wytwarzać niż wielkie tankowce

Różnica nie polega tylko na skali inwestycji, ale także na zastosowaniach. Zborowski zwraca uwagę, że świat sztucznej inteligencji nie kończy się na obliczeniach i przetwarzaniu tekstu. 

– Ta strona AI, która zajmuje się obliczaniami i przetwarzaniem ludzkiej myśli zapisanej w słowach, jest już bardzo nasycona. My tam nie wejdziemy od strony półprzewodników – ocenia. – Ale istnieje cały świat, który odbieramy sensorycznie

To właśnie w tym obszarze widzi realną szansę. – Jeżeli możemy mierzyć – a dziś możemy mierzyć bardzo wiele rzeczy – to możemy uczyć sztuczną inteligencję świata fizycznego – tłumaczy. – Możemy obserwować, jak działają miasta, organizmy, środowisko. I dzięki temu dowiedzieć się o świecie dużo więcej, niż dziś sobie wyobrażamy

Technologie sensorowe, oparte na innych materiałach półprzewodnikowych niż krzem, mają – jego zdaniem – znacznie bardziej osiągalny próg wejścia dla Polski. 

– Ta technologia i koszty, które trzeba ponieść, żeby produkować sensory, są dla nas zupełnie osiągalne – mówi, od razu dodając zastrzeżenie. – To nie jest tak, że każdy może to zrobić. Konkurencja jest ogromna i wielu poważnych graczy próbowało i im się nie udało. 

Nie ma więc mowy o gwarantowanym sukcesie. Jest natomiast jasno zarysowany wybór strategiczny. – Mamy tutaj bardzo dobry pomysł, który warto rozwijać, bo jest najbardziej osiągalny – podsumowuje Zborowski. – Są technologie, gdzie możemy wejść już teraz, i to je powinniśmy wybierać, zamiast udawać, że od razu zbudujemy własną stocznię krzemową

Ten fragment rozmowy dobrze pokazuje, że kluczowy spór nie dotyczy tego, czy Polska powinna interesować się półprzewodnikami, ale jakimi i po co. I że w tej dyskusji krzem – choć najbardziej spektakularny – wcale nie musi być punktem wyjścia. 

Nie trzeba mieć fabryki, żeby odgrywać ważną rolę 

Jednym z kluczowych wątków rozmowy jest podważenie tezy, że warunkiem obecności Polski w świecie półprzewodników musi być budowa pełnoskalowej fabryki. Zborowski od początku porządkuje dyskusję w kategoriach technologicznego i ekonomicznego realizmu – nie rozumianego jako rezygnacja z ambicji, lecz jako świadomy wybór tych fragmentów łańcucha wartości, w których już dziś możliwe jest budowanie realnych kompetencji i wartości dodanej

– Jestem za realistycznym podejściem i próbą robienia rzeczy krok po kroku. Musimy jednak rozumieć, że jedne technologie wymagają wielu lat i ogromnych nakładów finansowych, a inne są dziś znacznie bardziej dostępne i możliwe do zrealizowania  mówi. 

W jego wypowiedziach wraca analogia transportowa. Sztuczna inteligencja, czyli temat, który dziś napędza geopolitykę i inwestycje, wymaga całego „systemu logistycznego”. Nie wszystko trzeba budować od razu. Nie ma też sensu budować wszystkiego lokalnie. 

– Jeżeli miałbym się odnieść do wcześniejszej analogii, to sztuczna inteligencja wymaga połączenia transportu wodnego i lądowego. Nie jesteśmy w stanie realizować transportu wodnego, bo nie mamy jeszcze na to środków – może kiedyś w przyszłości. Natomiast o transport lądowy możemy powalczyć, podjąć rękawice. Co więcej, nie tylko możemy – musimy, bo w te łańcuchy dostaw musimy się wpiąć  podkreśla. 

Dopiero na tym etapie rozmowy pojawiają się trzy firmy, których nazwy regularnie przewijają się w polskiej debacie, choć nie zawsze towarzyszy im świadomość ich faktycznego miejsca w łańcuchu wartości. Zborowski celowo zestawia je ze sobą, pokazując trzy odmienne strategie budowania przewagi technologicznej i biznesowej

– Chciałbym zwrócić uwagę na trzy firmy, które są na naszych językach bardzo często, to jest TSMC, niech to będzie NVIDIA, która jest teraz najbardziej wycenianą spółką na świecie i niech to będzie Apple, bo wszyscy znają i podziwiają –mówi. 

TSMC jest w tej historii „piekarnią” – najlepszą na świecie, wyposażoną w najbardziej zaawansowane „piece” i dysponującą kompetencjami pozwalającymi utrzymywać je w stałej, przewidywalnej kondycji. To porównanie ma szczególną wagę, bo pokazuje, że przewaga technologiczna w produkcji chipów nie wynika z jednego przełomu, lecz z lat konsekwentnej pracy nad procesem, jego stabilnością i powtarzalnością. 

– Teraz jak popatrzymy na TSMC, to jest to taki rodzaj piekarni. Tam się przychodzi, im się mówi, że chce się upiec taki, a taki chleb i oni go pieką. Są najlepszymi piekarzami na świecie, mają najlepsze piece na świecie, potrafią utrzymać te piece w najlepszej kondycji – opisuje. 

I dopowiada rzecz kluczową dla rozumienia dzisiejszego rynku: bez tych „piekarni” nie ma w ogóle mowy o produkcji najbardziej skomplikowanych układów dla AI. – Chodzi o te maszyny i o know-how, którym dysponują. Bez nich – czy to bez TSMC, czy bez Intela albo Samsunga – nie ma dziś dostępu do zdolności wytwórczych pozwalających produkować najbardziej zaawansowane chipy dla sztucznej inteligencji – mówi. 

Potem pojawia się NVIDIA: firma będąca dziś symbolem chipów dla sztucznej inteligencji nie posiada własnych fabryk. Zborowski mówi o tym, bo właśnie ten fakt przesuwa punkt ciężkości polskiej dyskusji o półprzewodnikach. 

– …ale jest sobie NVIDIA firma, która jest dziś centralnym dostawcą rozwiązań dla sztucznej inteligencji, a jednocześnie nie posiada własnych fabryk ani zdolności produkcyjnych  zaznacza. 

NVIDIA zarabia nie na „pieczeniu chleba”, lecz na przepisie, który sama opracowała. – Musimy zrozumieć, że to, co NVIDIA stworzyła, to jest pomysł, projekt… to oni definiują ten przepis i jaki to rodzaj chlebka ma upiec TSMC dla nich – tłumaczy. 

I dochodzi do wniosku: aby być liczącym się graczem, nie trzeba zaczynać od najdroższego elementu łańcucha. – …żeby być bardzo poważnym graczem w łańcuchu tworzenia chipów, to nie musimy wcale ich tutaj produkować. Chciałbym je produkować w Polsce, ale też są inne drogi do nabycia kompetencji, kapitału i tak dalej – mówi. 

Zborowski idzie jeszcze dalej i wyjaśnia logikę wycen rynkowych. To ważny wątek dla polskich firm i inwestorów, bo pokazuje, gdzie realnie powstaje wartość. 

– NVIDIA jest wyceniana na giełdzie dużo wyżej niż TSMC, mimo to, że tutaj mamy fizyczną produkcję, a tutaj bardziej wartość intelektualną –zauważa.– Wycena rynkowa nie wynika tu z samej technologii półprzewodnikowej, lecz z potencjału zastosowań tych układów w uczeniu sztucznej inteligencji. 

Jeśli TSMC zarabia na produkcji, to NVIDIA zarabia na tym, że jej pomysł „niesie” rynek. – …żeby wypiekać chleb, to musimy ponieść bardzo duże koszty i nasz zarobek na tym jednym bochenku jest dużo mniejszy niż zarobek NVIDII na swoim pomyśle. Oni wielokrotnie więcej zarabiają, niż wydają – podkreśla. 

Trzeci przykład – Apple – domyka triadę. Firma również nie produkuje chipów, ale buduje przewagę na czymś innym: perfekcyjnym zarządzaniu łańcuchem dostaw i kontroli jakości. 

– Apple… też ich nie produkują. Oni w zasadzie zarządzają łańcuchem dostaw. Ich umiejętnością jest wybranie producentów i dostawców, kontrola ich i zgranie w taki sposób, żeby stworzyć produkt – mówi Zborowski. 

Apple potrafi narzucać standardy nawet najlepszym. – …oni profesjonalistom potrafią mówić, że wy tego nie robicie do końca dobrze… zwrócą się nawet do tej piekarni i powiedzą, że ten chleb możecie piec lepiej i od jutra pieczemy go lepiej – podkreśla. 

Zborowski przekłada to bezpośrednio na polskie realia. Dla niego to nie jest ciekawostka o światowych gigantach, tylko ostrzeżenie dla firm, które w Polsce projektują i składają elektronikę. Jeśli nie zrozumieją procesu powstawania chipów i logiki łańcucha dostaw, nie będą w stanie grać w najwyższej lidze. 

– Mi się wydaje, że właśnie tego w Polsce brakuje, że my nie rozumiemy, czego powinniśmy oczekiwać i czego od nas się będzie oczekiwać, jeżeli chcemy wejść jako dostawcy do tych łańcuchów dostaw bardzo skomplikowanych, bardzo wymagających – mówi. 

To ważna lekcja dla polskich firm. – Chipy są najbardziej złożonym elementem urządzeń, które w Polsce składamy. Jeżeli nie rozumiemy, jak powstają, jak długo trwa proces i gdzie mogą pojawić się problemy, to nigdy nie osiągniemy najwyższej jakości ani szybkiej reakcji na potrzeby klientów. 

Edukacja: teoria kontra praktyka 

Druga część rozmowy dotyczyła kadr i edukacji. Zborowski nie uderza w uczelnie. Raczej pokazuje, że system, który “produkuje” świetną teorię, nie musi automatycznie “produkować” ludzi gotowych do wdrażania technologii w przemyśle. I że w półprzewodnikach jest to szczególnie bolesne. 

– System szkolnictwa w Polsce jest bardzo silny w innowacji teoretycznej, ale brakuje mu praktycznego podejścia – mówi. 

Sięga przy tym po analogię, która w prosty sposób tłumaczy, dlaczego „wiedzieć” i „umieć wdrożyć” to dwa różne światy. – To jest różnica między kardiologiem z uniwersytetu a kardiochirurgiem z sali operacyjnej. Obaj są potrzebni, ale działają w dwóch zupełnie różnych światach. 

W przemyśle półprzewodnikowym – jego zdaniem – dramatycznie brakuje tych drugich. – My w Polsce prawie nie mamy kardiochirurgów, czyli ludzi, którzy wiedzą, jak wdrażać technologie, jak dojrzewa proces i jak go skalować. 

Kluczowym pojęciem jest „dojrzewanie procesu”. To nie jest określenie akademickie. To praktyka przemysłowa: od pierwszego działającego prototypu do procesu, który da się utrzymać jakościowo, powtarzalnie, na masową skalę. 

– Droga od pierwszego wyniku w laboratorium do procesu produkcyjnego, który da się utrzymać jakościowo i wytwarzać na masową skalę, jest bardzo długa. Tego nie da się nauczyć z książek – podkreśla. 

Kluczowy staje się transfer doświadczenia zdobywanego w globalnych firmach do polskiego przemysłu. Zborowski broni tego mechanizmu bez kompleksów, bo uważa go za jedną z najszybszych dróg budowania kompetencji. 

– Nie płaczmy, że inżynierowie wyjeżdżają na Zachód. Ci, którzy wrócą, przywiozą kompetencje, których inaczej się nie da zdobyć – mówi. 

I właśnie dlatego w jego opowieści powraca jeszcze jeden wątek: przyciąganie inwestycji, które zostawiają w kraju nie tylko miejsca pracy, ale i praktyczne know-how. 

– Musimy przyciągnąć inwestycje i przyciągać je bardzo agresywnie. Ja mam skrajny pogląd na ten temat – mówi. – …umawiajmy się z tymi Intelami, TSMC i czymkolwiek, że tutaj jest dla Was ziemia, tutaj budujemy dla Was infrastrukturę, tutaj dofinansujemy… Nie interesuje mnie to ile, nawet 50%, nawet 80%. 

Zborowski argumentuje to prosto – duże inwestycje są najszybszym „uniwersytetem praktyki”. – Jeżeli miałbym powiedzieć, co jest lepszym Uniwersytetem, firma Intel czy Uniwersytet Jagielloński, dla mnie firma Intel jest lepsza. Nauczyłem się tam dużo, dużo więcej. Te umiejętności zdobyte tam płacą za moje rachunki. To jest bardzo praktyczna wiedza. 

A dalej wraca temat budowy kadr, które potem „rozlewają się” po rynku. – …to są nasi przyszli eksperci i przyszłe kadry. To nie jest jednorazowy tysiąc osób, lecz ludzie, którzy będą się wymieniać – mówi, opisując efekt funkcjonowania dużych zakładów produkcyjnych i centrów przemysłowych. 

Dostawcy, maszyny i software – realna przestrzeń dla Polski 

W rozmowie wyraźnie wybrzmiewa jeszcze jeden obszar, który w polskiej debacie o półprzewodnikach pojawia się zaskakująco rzadko – oprogramowanie. A to właśnie tutaj, zdaniem Mateusz Zborowski, mamy realną i często niedostrzeganą przewagę. 

- Polska jest potęgą w obszarze oprogramowania – podkreśla. I od razu dodaje coś, co może zaskakiwać osoby spoza branży. – Moje doświadczenie pokazuje, że, mimo iż pracowałem w bardzo zaawansowanych firmach, to software musieliśmy sobie robić często sami

Jak tłumaczy, w praktyce oznaczało to, że inżynierowie produktu i procesu – ludzie odpowiedzialni za technologię i produkcję – tworzyli własne narzędzia informatyczne, bo na rynku zwyczajnie ich nie było. 

– My jako inżynierowie produktu lub procesu tworzyliśmy własny software – mówi wprost. – A dużo lepiej by było dla nas współpracować właśnie z kimś, kto jest profesjonalistą w programowaniu, a my jesteśmy profesjonalistami w rozumieniu naszych potrzeb

To ważna obserwacja, bo pokazuje, że w półprzewodnikach nie chodzi o skomplikowane aplikacje konsumenckie czy wielkie platformy IT. Chodzi o bardzo konkretne narzędzia wspierające proces, jakość, analizę danych i podejmowanie decyzji technologicznych. 

– I tutaj mamy następne pole do popisu  zauważa Zborowski, wskazując, że software jest jednym z wielu kierunków, gdzie Polska może realnie wejść w globalny łańcuch dostaw półprzewodników. 

Ten wątek rozmowy prowadzi do szerszej refleksji o złożoności całego świata półprzewodników. – Musimy mieć właśnie świadomość, że ten świat jest wielowymiarowy – podkreśla Zborowski. – Są różne materiały, są różne technologie, są różne maszyny, są różne techniki

Kluczowym pojęciem, do którego nasz rozmówca wraca kilkukrotnie, jest dojrzewanie procesu. – W Polsce powstaje dużo startupów i żeby się skomercjalizować, muszą nauczyć się, jak proces dojrzewa - mówi. 

Zborowski nie idealizuje tej drogi. Wręcz przeciwnie – jasno pokazuje, jak trudna i ryzykowna jest transformacja od prototypu do produkcji. – Od wczesnych wyników do stworzenia procesu produkcyjnego, który można wytwarzać na masową skalę, opłacalnie i stabilnie, to jest bardzo długa droga

I dodaje bez złudzeń: – Tego musimy się uczyć

Dlatego tak mocno podkreśla znaczenie zdobywania doświadczeń za granicą. – Właśnie dlatego mówię, że dla nas jest ważne wysyłanie inżynierów za granicę, żeby tam się uczyli  – tłumaczy.  

Jednocześnie studzi nadmierny optymizm. – Nawet najlepsi tam się potykają i coś im nie wychodzi

A w przypadku młodych firm statystyka jest bezlitosna. – Nasze startupy, jeśli podejmują takie wyzwanie po raz pierwszy, w większości nie przetrwają. 

W tym miejscu rozmowa naturalnie przechodzi do kolejnego elementu ekosystemu, kapitału. – Polska cierpi na brak inwestorów – mówi Zborowski wprost. 

Jego zdaniem problemem nie jest wyłącznie dostępność pieniędzy, ale także sposób komunikacji. – Można by poprawić tę sytuację, jeżeli zaczniemy mówić językiem inwestorów

Ten język jest prosty i uniwersalny. – Risk–reward ratio. Ile ryzykujesz, jaka jest twoja potencjalna nagroda i jak ten stosunek wygląda

Zborowski zwraca uwagę, że polskie startupy technologiczne często nie potrafią tego jasno zdefiniować. – Polskie startupy muszą nauczyć się jasno definiować zakres projektu i ryzyka, aby skutecznie przekonywać inwestorów.  

A inwestorzy – jak przypomina – doskonale rozumieją ryzyko. – Inwestorzy wiedzą, że mogą stracić pieniądze. Tak działa ich biznes

Najważniejsze jest więc to, jak z nimi rozmawiać. – Im lepiej z nimi się rozmawia, tym lepsze efekty są dla nas

W tym kontekście Zborowski wraca do idei mapowania ekosystemu jako podstawy sensownej strategii. – Przez mapowanie rozumiem to, że mamy podmioty, które projektują jakiś rodzaj chipów, i pytanie brzmi: co jest im potrzebne do następnego kroku?

Czasem tym krokiem jest po prostu sprzedaż projektu. – Produktem jest pomysł i projekt. Sprzedają go i projektują następny

Ale prawdziwa wartość zaczyna się poziom wyżej. – Możemy im umożliwić krok następny: pomysł, projekt i prototyp. Sprzedaż prototypu jest dużo więcej warta niż samego projektu

A kolejnym etapem jest pełnoprawny proces produkcyjny i budowa łańcucha dostaw. – Każdy następny poziom to większe koszty, większa trudność i nowe kompetencje – mówi Zborowski. – Ale jeżeli ten poziom zostanie osiągnięty, benefity rosną odpowiednio

I nie ma tu drogi na skróty. – Jedyna sensowna droga to stymulowanie wchodzenia na kolejne poziomy

Zborowski jest pewien jednego. – Magiczne różdżki i zaklęcia na pewno nam się tutaj nie przydadzą

W półprzewodnikach – podobnie jak w całym przemyśle wysokich technologii – liczy się konsekwencja, cierpliwość i praca u podstaw. 

Bez wspólnego języka nie będzie strategii 

W całej rozmowie jak refren powraca jeden problem: brak wspólnego języka między biznesem, uczelniami i administracją. – Mamy trzy, cztery różne języki i nie potrafimy się porozumieć – zauważa Zborowski. – Administracji trzeba w prosty sposób wyjaśniać, jakie są potrzeby. Bez tego nie będziemy w stanie ruszyć dalej

Jego postulat jest prosty, choć trudny w realizacji. – Musimy mówić precyzyjnie, ale inkluzywnie. Tak, żeby biznes, nauka i opinia publiczna rozumiały, o czym mówimy

Dopiero wtedy można sensownie budować strategię. – Bez precyzji dalej będziemy mielić hasła. A półprzewodniki nie są modą. To coś, co zostanie z nami na bardzo długo – podsumowuje.