Polska
article miniature

DragonFly nie zdał wojskowych testów. Porażka programu dronowego WZL nr 2

Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2, wskazane przez polityków jako krajowy lider w produkcji bezzałogowców, notują kolejną porażkę. Najmniejszy z ich projektów – DragonFly – nie zdał wojskowych testów. W ocenie żołnierzy to konstrukcja przestarzała, kosztowna i niedostosowana do współczesnego pola walki.

offerings-mobile

Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 miały stać się krajowym liderem w produkcji bezzałogowców. Zamiast tego notują serię niepowodzeń, które coraz mocniej podważają sens politycznej decyzji. Najnowszym przykładem jest DragonFly – najmniejszy z dronów bydgoskiego zakładu – który poległ w wojskowych testach. Żołnierze nie mieli wątpliwości: to konstrukcja przestarzała, droga i niedostosowana do realiów współczesnego pola walki.

Lider z nadania

W 2016 roku uchwałą Polskiej Grupy Zbrojeniowej Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 zostały wyznaczone na technicznego lidera i koordynatora programów związanych z bezzałogowymi statkami powietrznymi (BSP). W ten sposób miał  powstać jeden silny ośrodek kompetencyjny. W praktyce decyzja ta oznaczała powierzenie bydgoskiemu zakładowi odpowiedzialności za trzy projekty dronowe przeznaczone dla wojska.

Pierwszym z nich był Orlik, bezzałogowiec rozpoznawczy, którego dostawy zapowiadano na 2021 rok. Do dziś program nie wszedł w fazę produkcji seryjnej. Terminy zakończenia prac są przesuwane, a komunikaty spółki pozostają niespójne. Kolejne aneksy do umowy stały się warunkiem utrzymania programu przy życiu.

Drugim projektem był Wizjer – również dron rozpoznawczy. Wojsko odebrało pierwsze egzemplarze w czerwcu tego roku. Szybko jednak wyszły na jaw jego ograniczenia. System nie jest kompatybilny z rozwiązaniami używanymi w Siłach Zbrojnych RP, a jego transport wymaga wykorzystania ciężarówki, co znacząco obniża mobilność na poziomie taktycznym. Agencja Uzbrojenia tłumaczyła, że Wizjer powstał według wymagań z 2020 roku, a więc sprzed wojny w Ukrainie i następującej po niej rewolucji dronowej. W październiku jeden z egzemplarzy rozbił się w Inowrocławiu, spadając na zaparkowane samochody Poczty Polskiej. Od tego momentu loty zostały wstrzymane.

DragonFly wchodzi do gry

Trzecim projektem z bydgoskiej „stajni” jest DragonFly – bezzałogowiec zaliczany do kategorii amunicji krążącej. To jednorazowy dron uderzeniowy z głowicą bojową, przeznaczony do wyszukiwania celu i jego zniszczenia poprzez autodestrukcję. Koncepcję tego rozwiązania od początku promował Bartosz Kownacki, w czasach gdy resortem obrony kierował Antoni Macierewicz.

Projekt drona DragonFly został opracowany przez Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia. Produkcję kadłuba i zespołu napędowego powierzono WZL nr 2, a głowicę bojową miała dostarczać bydgoska Belma. Mimo braku kontraktu z wojskiem zdecydowano się na krótką serię produkcyjną. Według informacji Onetu powstało około 100 egzemplarzy, które do dziś pozostają w magazynach.

W międzyczasie na rynku pojawiła się konkurencja. Prywatna firma WB Electronics oferowała sprawdzoną już bojowo amunicję krążącą Warmate. Polityczne wsparcie dla państwowego projektu dało jednak DragonFly czas. Czas, który nie został dobrze wykorzystany.

Wojsko mówi „sprawdzam”

Na początku listopada wojsko przeprowadziło na poligonie w Drawsku testy bezzałogowców zgłoszonych przez producentów. Próby dotyczyły dronów FPV przeznaczonych do szkolenia, ale także do potencjalnych zadań bojowych. Wśród zgłoszonych konstrukcji znalazł się również DragonFly – mimo że jego charakterystyka nie odpowiadała tej kategorii.

Według rozmówców Onetu start DragonFly w testach był próbą znalezienia jakiegokolwiek zastosowania dla gotowych, niesprzedanych egzemplarzy. Start DragonFly w listopadowych testach mógł być wyrazem desperacji ze strony zakładów mówi informator Onetu. — Z drugiej jednak strony, gdyby dron spełniał wymogi wojska, to mogło się udać.

Nie spełnił.

Żołnierze biorący udział w testach nie zostawili suchej nitki na konstrukcji. DragonFly nie posiada termowizji, nie ma łącza światłowodowego odpornego na zakłócenia radioelektroniczne, nie oferuje automatycznego śledzenia celu. Startując w kategorii FPV, nie był wyposażony w standardowe gogle. Zintegrowana głowica bojowa uniemożliwia przenoszenie wymaganego ładunku. Problemy pojawiły się także z czasem lotu, zwłaszcza przy niskich temperaturach.

Dostarczony do testów dron przede wszystkim nie miał termowizji. Dziś to absolutna podstawa. Na polu walki wiele, jeśli nie większość lotów, wykonuje się w nocy. Nie miał też przewodu światłowodowego. To kolejny niezbędny wymóg w warunkach, w których wróg stosuje zakłócanie radioelektroniczne, więc dron może lecieć co najwyżej "na kablu". Nie dysponuje systemem automatycznego śledzenia celu, co jest fundamentalnym wymogiem w przypadku amunicji krążącej. W końcu dron startujący w kategorii FPV nie miał standardowych dla takich dronów gogli FPVmówi jeden z żołnierzy.

Ten dron nie był w stanie unieść niczego, ponieważ nie posiada systemu zrzutowego. W DragonFly ładunek jest zintegrowany z dronem. Nie chcę ujawniać konkretnych liczb, ale waga tego ładunku jest bardzo daleka od tego, jakiej wymagało wojskododaje.

Cena z innej epoki

Największe zdziwienie wzbudziła jednak cena. Około miliona złotych za zestaw dziesięciu dronów. To oznacza blisko 100 tys. PLN za sztukę. Zdaniem żołnierzy i niezależnych ekspertów taka wycena jest nie do obrony w realiach wojny dronowej, gdzie kluczowe są masowość i niskie koszty jednostkowe.

Biorąc pod uwagę jakość tego drona, najbardziej zaskoczyła nas cenamówią rozmówcy Onetu. Za jeden zestaw zakład liczy sobie wielokrotność ceny konkurencyjnych produktów. Nijak nie przystaje do rzeczywistości, biorąc pod uwagę ceny tego typu amunicji krążącej, jakie obowiązują w Ukrainie, a nawet w Polsce.

To projekt poprawny inżynieryjnie, ale oderwany od współczesnego pola walki ocenia Tomasz Darmoliński z fundacji „Żelazny”.Konstruktorzy tego projektowanego w czasach pokoju drona zakładali wysoką przeżywalność pojedynczej platformy, ale kompletnie nie przewidywali brutalnej walki elektronicznej, krótkiego życia pojedynczego drona, konieczności masowej produkcji, a także konieczności wprowadzania modyfikacji technologicznych co kilka tygodni. To ten sam schemat, co drony Parrot, Thales czy SkyRanger z tamtego okresu: ładny projekt, dobra prezentacja i niska wartość bojowa po 2022 r.

Co dalej?

Choć przedstawiciele WZL nr 2 twierdzą, że DragonFly „przeszedł testy pozytywnie”, wojsko ma inne zdanie. Agencja Uzbrojenia nie prowadzi obecnie żadnego postępowania dotyczącego zakupu tego typu systemów.

Podczas wrześniowego posiedzenia sejmowej Komisji Obrony Narodowej wiceszef Agencji Uzbrojenia płk Piotr Paluch jasno dał do zrozumienia, że DragonFly nie znajduje się obecnie w planach zakupowych.

Równolegle ważą się losy samego zakładu. Brak kolejnych aneksów do programu Orlik może oznaczać poważne problemy finansowe. DragonFly miał być przełamaniem złej passy. Zamiast tego stał się jej kolejnym symbolem.

Współczesne pole walki nie wybacza opóźnień i błędnych założeń. A państwowy lider dronowy wciąż próbuje dogonić rzeczywistość, która od dawna mu ucieka.

Źródło: Onet

Zapraszamy na TEK.day Wrocław, 19 marca 2026. Zapisz się tutaj!

Article Image