Liftero zmienia markę. Polski producent napędów kosmicznych wchodzi w kolejny etap rozwoju
Liftero prezentuje nową identyfikację wizualną i sposób komunikacji oferty. To kolejny krok w rozwoju polskiego producenta napędów kosmicznych, który po potwierdzeniu technologii na orbicie koncentruje się na komercjalizacji systemu BOOSTER i skalowaniu działalności. O rosnącej liczbie zamówień, zwiększaniu produkcji i kolejnych wyzwaniach rozmawiamy z Tomaszem Palaczem, CEO Liftero.
Liftero zaprezentowało nową identyfikację wizualną marki, stronę internetową oraz sposób komunikowania oferty. Zmiana następuje w momencie, gdy spółka zwiększa liczbę realizowanych projektów, rozwija sprzedaż systemu BOOSTER i przygotowuje się do obsługi większej liczby zamówień.
– Rebranding nie jest wyłącznie zmianą identyfikacji wizualnej, ale odzwierciedleniem nowego etapu, na którym znajduje się dziś spółka. Nasz autorski system BOOSTER pracuje w przestrzeni kosmicznej, realizujemy kolejne zamówienia na ok. 20 silników i przygotowujemy organizację do obsługi coraz większej liczby projektów. Jednym z kluczowych wyzwań spółek deep tech jest przejście od komunikowania samej technologii do jasnego pokazania produktu i jego wartości dla klienta. Wierzymy, że właśnie w takim podejściu – skupionym na zastosowaniu, korzyściach i celu misji – może leżeć jedna z istotnych przewag Liftero. Nowa identyfikacja lepiej oddaje to, kim jesteśmy obecnie, czyli dojrzałym technologicznie i coraz silniej skalującym działalność partnerem dla globalnego sektora kosmicznego – komentuje Tomasz Palacz, CEO Liftero.
30 czerwca spółka zadebiutowała na rynku NewConnect — jest pierwszą publicznie notowaną w Europie firmą typu pure-play space propulsion, czyli skoncentrowaną na technologiach napędowych dla sektora kosmicznego.
Nowa identyfikacja ma odzwierciedlać rosnącą skalę działalności Liftero i coraz silniejsze ukierunkowanie spółki na klientów. Firma chce odejść od komunikacji skupionej przede wszystkim na technologii. W centrum mają znaleźć się produkt, konkretna misja oraz potrzeby operatorów i producentów satelitów.
Zmienił się również sposób prezentowania samego BOOSTER-a. Liftero chce pokazywać system przez pryzmat konkretnych zastosowań – od rozmieszczania konstelacji i precyzyjnego manewrowania, przez serwisowanie oraz inspekcję na orbicie, aż po kontrolowany powrót do atmosfery i bezpieczne zakończenie misji.
Nowe hasło marki „Standardized propulsion. Mission-configured. Built to scale” podkreśla możliwość dostosowania systemu BOOSTER do wymagań konkretnej misji bez projektowania napędu od podstaw. Liftero wykorzystuje standaryzowaną architekturę i sprawdzone komponenty, a konfigurację dobiera do parametrów satelity oraz planowanych manewrów. Takie podejście ma skracać czas dostaw i upraszczać integracje, a jednocześnie umożliwiać zwiększanie skali produkcji.
– Klienci nie kupują dziś napędu, a pewność realizacji całej misji – rozwiązania dopasowanego do parametrów konkretnego satelity, zapewniającego bezpieczeństwo, efektywność i terminowość wykonania. Dlatego zmieniliśmy sposób prezentacji naszej oferty, rozpoczynając komunikację od potrzeb klienta i planowanego zastosowania systemu. Chcemy już na wczesnym etapie rozmów jasno pokazywać, w jaki sposób BOOSTER może zostać skonfigurowany i zintegrowany z daną platformą satelitarną, przyczyniając się do końcowego sukcesu misji kosmicznej klienta – podsumowuje Przemysław Drożdż, COO Liftero.
Rebranding towarzyszy przejściu Liftero od rozwoju technologii do jej komercjalizacji na większą skalę. System BOOSTER ma już flight heritage i pracuje na orbicie w ramach trwającej misji RED5. Jednocześnie spółka realizuje kolejne zamówienia, zwiększa zdolności produkcyjne i przygotowuje się do obsługi większej liczby projektów. Nowa identyfikacja i sposób komunikacji mają odzwierciedlać ten kierunek rozwoju oraz coraz silniejsze nastawienie firmy na sprzedaż i potrzeby klientów.
O tym, co zmieniło się w Liftero od naszej poprzedniej rozmowy, czego spółka nauczyła się po ponad 100 odpaleniach BOOSTER-a na orbicie, gdzie pojawiają się wąskie gardła przy skalowaniu produkcji i jak wygląda dziś komercyjny pipeline firmy, rozmawiamy z Tomaszem Palaczem.
Komunikujecie rebranding jako efekt wejścia Liftero w nowy etap rozwoju. Co realnie zmieniło się w spółce od naszej ostatniej rozmowy, iż uznaliście, że właśnie teraz jest właściwy moment na zmianę marki?
Najważniejsza zmiana jest biznesowa. 2026 rok jest pierwszym pełnym rokiem komercjalizacji BOOSTER-a. Technologia ma już flight heritage, system działa na orbicie, a do końca roku planujemy dostarczyć klientom ok. 20 kolejnych zakontraktowanych silników. Rośnie zainteresowanie firmą i naszym produktem, a my intensyfikujemy działania sprzedażowe, za czym podąża cała nowa narracja i styl komunikacji do naszych potencjalnych klientów, dzięki czemu jeszcze lepiej wpasowujemy się w ich oczekiwania.
Marka Liftero powstała jeszcze na etapie, kiedy naszym głównym zadaniem było udowodnienie, że technologia chemicznych napędów nowej generacji opartych o nietoksyczne materiały pędne działa i niesie szereg korzyści dla sektora kosmicznego. Dziś ten cel jest już zrealizowany, a my jesteśmy w innym miejscu. Chcemy dużo wyraźniej pokazywać klientom nie sam proces tworzenia napędu i rozwoju technologii, ale to, jak nasz sprawdzony system może zostać skonfigurowany konkretnie pod ich indywidualną misję i dostarczony w rekordowo krótkim terminie.
W poprzedniej rozmowie mówiliście, że największym wyzwaniem po demonstracji orbitalnej będzie zdobywanie zaufania klientów. Czy od tego czasu zauważyliście zmianę w sposobie, w jaki rynek postrzega Liftero? Rozmowy handlowe są dziś łatwiejsze?
Tak, zmiana jest wyraźna. Dzisiaj mamy za sobą szczegółowe dane płynące z ponad 100 odpaleń BOOSTER-a na orbicie i blisko półtora roku działania systemu w warunkach kosmicznych, który skutecznie potrafi zmieniać orbitę satelity. To jest znacznie mocniejszy argument niż same wyniki testów naziemnych.
Najlepiej pokazują to jednak decyzje klientów. W tym roku pozyskaliśmy dwóch komercyjnych odbiorców z rynku azjatyckiego, którzy zakupili trzy systemy składające się łącznie z ok. 20 silników. Rozmowy nadal są wymagające, bo w tej branży decyzje zakupowe dotyczące innowacyjnych rozwiązań zawsze budzą wiele pytań, ale dziś znacznie mniej czasu musimy poświęcać na przekonywanie, że sama technologia działa. Możemy szybciej przejść do rozmowy o wymaganiach konkretnej misji i pokazaniu jak doskonale wpisuje się w to nasz system.
Zapowiadacie rosnącą liczbę zamówień. Możecie powiedzieć, jak wygląda dziś portfel projektów? Bardziej rośnie liczba klientów, wartość kontraktów czy skala pojedynczych zamówień?
12 sierpnia opublikowaliśmy nasz pierwszy raport okresowy, w związku z debiutem na rynku NewConnect 30 czerwca br. Możemy pochwalić się nie tylko ok. 2,5-krotnym wzrostem przychodów, ale również blisko dwukrotnym wzrostem backlogu od początku roku do ok. 4,7 mln zł. Co nas niezmiernie cieszy, ok. 70 proc. jego wartości stanowią już komercyjne zamówienia na systemy BOOSTER, to duża zmiana względem końca 2025 roku, gdy nasz portfel zamówień w całości składał się z projektów dla Europejskiej Agencji Kosmicznej.
Jeszcze szybciej rośnie nasz pipeline komercyjny, a najważniejszym jego elementem są dla nas kontrakty z oczekiwaną decyzją do ok. 6 miesięcy – ten wycinek stanowi ok. 6,3 mln EUR i razem z backlogiem stanowi atrakcyjną perspektywę dla naszego biznesu w krótkim i średnim terminie.
Nowa strona ma pokazywać możliwość konfiguracji systemu BOOSTER pod konkretne misje. Jak dużą rolę odgrywa dziś modułowość w strategii rozwoju produktu i w jakim stopniu przekłada się ona na przewagę konkurencyjną?
To fundament naszego modelu produktowego. BOOSTER powstaje ze standaryzowanych komponentów, które następnie konfigurujemy pod wymagania konkretnej misji. Nie projektujemy więc każdego napędu od początku, a raczej wpasowujemy nasze rozwiązanie w specyfikację i oczekiwania klienta.
Dzięki temu możemy bardzo szybko przejść od wymagań klienta do konkretnej konfiguracji. W niektórych przypadkach zajmuje nam to dni, a nie miesiące. Taki model pozwala nam efektywnie skalować biznes bez jednoczesnego zwiększania zakresu prac inżynierskich przy każdym kolejnym zamówieniu, co pozytywnie wpływa na marże, rentowność i długoterminowy potencjał.
W poprzednim wywiadzie wspominaliście, że około 80% technologii jest gotowe już na etapie składania zamówienia. Czy wraz z rosnącą liczbą klientów udało się jeszcze bardziej skrócić czas od zapytania ofertowego do dostawy systemu?
Samo przygotowanie konfiguracji jest dziś bardzo szybkie i może zajmować kilka dni. To duża różnica względem modelu, w którym każdy projekt zaczyna się od długiego etapu projektowania rozwiązania pod konkretną platformę, których jest na rynku bardzo wiele.
Jeśli chodzi o fizyczną dostawę systemu, obecnie oferujemy termin 6–9 miesięcy, czyli znacząco krócej niż typowe terminy rynkowe oscylujące od 12 do nawet 36 miesięcy. Pewnie możemy jeszcze trochę ten czas skrócić, ale równie ważne jest dla nas utrzymanie przewidywalności dostaw także wtedy, gdy wolumen produkcji będzie kilkukrotnie większy niż dziś. Pod taką przyszłość projektowaliśmy BOOSTER i po to zwiększamy dziś nasze zdolności produkcyjne.
BOOSTER pracuje na orbicie już od ponad roku. Jakie najważniejsze wnioski przyniosła analiza danych z misji?
Przede wszystkim dane potwierdziły założenia z testów naziemnych. System działa nominalnie, czyli bez odchyleń od naszych założeń, a ponad 100 odpaleń pozwoliło potwierdzić nie tylko funkcjonalność, ale również jego trwałość w środowisku kosmicznym.
Kampania nadal trwa, bo każde kolejne uruchomienie daje nam dodatkowe dane, które możemy wykorzystać do dalszej kwalifikacji systemu. Możemy też potwierdzić to co w branży funkcjonuje od dawna – uzyskanie flight heritage dla produktu znacząco przyspiesza kolejne rozmowy biznesowe. Naszym głównym celem jest teraz sprawienie, aby na orbicie znalazło się jak najwięcej silników Liftero, dzięki czemu będziemy mogli starać się o coraz większe zamówienia, w tym konstelacyjne, gdzie klient potrzebuje dziesiątek, a czasem nawet setek systemów rocznie.
Co okazało się największym wyzwaniem przy projektowaniu i integracji kompletnego systemu BOOSTER?
Nie wskazywałbym jednego elementu. Największym wyzwaniem jest zawsze działanie kompletnego systemu, bo nawet bardzo dobry silnik nie wystarczy, jeśli pozostałe podsystemy nie współpracują z nim prawidłowo.
Dlatego RED5 (misja demonstracyjna satelity wyposażonego w system BOOSTER) była dla nas tak ważna. Zweryfikowaliśmy nie pojedynczy komponent, ale kompletny system działający na orbicie. Nadal rozwijamy między innymi zaplecze do kwalifikacji elektroniki i testujemy jej odporność na środowisko radiacyjne, natomiast w praktyce największa trudność leży na styku poszczególnych elementów i w zapewnieniu, że całość pozostanie niezawodna przez cały okres trwania misji.
Jak bardzo elektronika i oprogramowanie sterujące decydują dziś o możliwościach nowoczesnego systemu napędowego?
Mają bardzo duże znaczenie, szczególnie w systemie, który można konfigurować pod różne misje – od rozmieszania konstelacji, przez serwisowanie i inspekcję na orbicie, po kontrolowany powrót do atmosfery oraz bezpieczne zakończenie misji. Elektronika musi sterować całym układem i zapewniać niezawodną współpracę z platformą klienta.
Nie traktowałbym jej jednak jako zamiennika dobrej technologii napędowej. Bardzo dobre oprogramowanie nie skompensuje niskiej wydajności silnika czy ograniczeń samego układu. Przewaga powstaje wtedy, gdy parametry napędu są wspierane przez niezawodne sterowanie i całość działa jako jeden dobrze zaprojektowany system.
Który etap kwalifikacji systemu okazał się najbardziej wymagający z inżynierskiego punktu widzenia?
Z perspektywy skalowania bardzo wymagające są testy napędowe. Hot-fire jest nie tylko elementem rozwoju produktu, ale również częścią procesu produkcyjnego. Przy większej liczbie silników może więc szybko stać się wąskim gardłem.
Dlatego uruchomiliśmy kolejne stanowisko testowe i rozważamy dalszą rozbudowę tej infrastruktury. Oczywiście pozostałe etapy kwalifikacji pozostają równie ważne z punktu widzenia niezawodności, ale to właśnie przepustowość testów napędowych ma dziś bardzo bezpośredni związek z naszą zdolnością do zwiększania produkcji.
Jeszcze rok temu głównym celem było udowodnienie działania technologii na orbicie. Jakie są dziś trzy najważniejsze priorytety Liftero na najbliższe 12–24 miesiące?
Najważniejsza jest realizacja podpisanych kontraktów i zobaczenie kolejnych silników Liftero na orbicie, tym razem już w misjach komercyjnych klientów. To będzie istotny poziom referencji dla naszej technologii, a przy okazji jedne z pierwszych demonstracji na świecie w zakresie in-orbit servicing, o którym mówi się jako o kolejnej nieuniknionej przyszłości dla sektora kosmicznego. Mamy szansę stać się tutaj jednym z pionierów.
Równolegle zwiększamy zdolności produkcyjne, które dziś wynoszą już ok. 10 systemów rocznie, co przekłada się na ok. 40 silników i na tym nie kończą się nasze aspiracje. Trzeci kierunek to skuteczna konwersja rosnącego pipeline’u na zamówienia i ciągły rozwój technologii systemu BOOSTER poprzez prace badawczo-rozwojowe. Żadna przewaga produktowa nie jest dana na stałe, dlatego ciągle musimy rozwijać nasz produkt i zwiększać jego atrakcyjność w oczach obecnych i przyszłych klientów,
Kilka lat temu większość systemów napędowych powstawała jako rozwiązania projektowane pod konkretną misję. Czy dziś obserwujecie przejście rynku w kierunku bardziej seryjnej, produktowej produkcji?
Zdecydowanie, w dużej mierze wymuszają to projekty konstelacyjne. Przy dziesiątkach lub setkach satelitów trudno utrzymać model, w którym napęd za każdym razem projektowany jest praktycznie od początku. Klienci dalej poszukują niezawodności, ale jednocześnie chcą uzyskać więcej systemów napędowych i to w znacząco krótszym czasie. Dziś rynek dostawców nie jest jeszcze na to gotowy. Większość z nich powstała w poprzedniej, „rzemieślniczej” rzeczywistości kilku drogich produktów dostarczanych rocznie i ma obecnie trudność przestawić całą organizację, a często również ingerować w architekturę produktów, aby odpowiedzieć na nowe realia.
Dlatego w Liftero od początku projektowaliśmy system pod możliwość łatwego dostosowania go do produkcji seryjnej. Standaryzujemy architekturę BOOSTER-a, a pod konkretną misję zmieniamy jedynie jego konfigurację. Dzięki temu możemy zachować elastyczność i jednocześnie przygotowywać produkcję do pożądanej przez dzisiejszy rynek skali.
W poprzedniej rozmowie wskazywaliście Indie jako bardzo perspektywiczny rynek, a Stany Zjednoczone jako strategiczny kierunek rozwoju. Czy od tego czasu pojawiły się nowe rynki lub partnerstwa?
Azja nadal rozwija się bardzo dynamicznie i właśnie tam zdobyliśmy pierwsze kontrakty komercyjne. Jednocześnie widzimy coraz większy postęp rozmów w Europie i Stanach Zjednoczonych. Pod koniec sierpnia będziemy szeroko obecni na Small Satellite Conference w Salt Lake City, która jest jednym z najważniejszych globalnie wydarzeniem dla branży kosmicznej w roku i mamy tam umówionych szereg rozmów biznesowych. Będziemy też wystawiać się na naszym stoisku, już w nowej identyfikacji wizualnej po rebrandingu.
Nie ma dziś natomiast jednego regionu, który dominowałby w naszym pipeline. Różnią się natomiast cykle decyzyjne. Indie dały nam bardzo szybką trakcję, podczas gdy Europa działa zwykle wolniej. To, co nas cieszy, to coraz bardziej globalny charakter prowadzonych rozmów, bo od początku chcemy budować Liftero jako dostawcę międzynarodowego.
Budujecie firmę w Polsce, ale działacie na globalnym rynku. Co jest dziś największym ograniczeniem dalszego wzrostu?
Powiedziałbym, że przede wszystkim tempo adopcji rynkowej napędów chemicznych opartych o nietoksyczne materiały pędne. To nowa generacja produktów, która powstała zaledwie kilka lat temu, konkurujemy więc z rynkiem, na którym od dziesiątek lat stosowane są np. napędy elektryczne. Mamy nad nimi szereg przewag, natomiast zaufania, które pozwoli klientowi zakupić kilkadziesiąt lub kilkaset systemów rocznie, nie buduje się z dnia na dzień. To połączenie rosnącej bazy urządzeń funkcjonujących na orbicie, regularnych rozmów, spotykania się na konferencjach i stopniowego przekonywania, że pora postawić na nowe rozwiązanie. Oczywiście z korzyścią dla misji, co potwierdzają nasze dane.
Jeśli spotkamy się ponownie za rok, po czym będzie można poznać, że Liftero rzeczywiście przeszło z etapu ambitnego start-upu do grona liczących się światowych dostawców?
Najbardziej wymiernym wskaźnikiem będzie rosnąca liczba silników pracujących w misjach klientów i raportowany przez nas backlog, czyli podpisane i realizowane kontrakty. Dziś przygotowujemy ok. 20 silników do dostarczenia do końca roku i zgodnie z harmonogramami klientów, powinny one znaleźć się na orbicie w pierwszej połowie 2027 roku.
Drugim sygnałem będzie powtarzalność sprzedaży. Chcemy, żeby kolejne zamówienia regularnie wynikały z pipeline’u, a obecni klienci wracali po następne systemy, tak jak zrobił to już OrbitAID. Jeśli równolegle zwiększymy produkcję, będzie to oznaczało, że przeszliśmy od firmy z dobrze działającą technologią do powtarzalnego modelu przemysłowego.
Obserwujecie zmianę oczekiwań klientów wobec napędów satelitarnych? Czy dziś równie ważny staje się czas osiągnięcia operacyjności satelity?
Zdecydowanie zyskuje na znaczeniu. Klient coraz częściej patrzy na ekonomię całej misji. Jeśli satelita zacznie realizować swoje zadanie kilka tygodni wcześniej, ma to konkretną wartość biznesową.
Dlatego rośnie zainteresowanie napędami o większym ciągu jak rozwijany przez nas BOOSTER. Manewr, który przy napędzie elektrycznym może trwać tygodnie lub miesiące, napęd chemiczny może wykonać znacznie szybciej. Szczególnie w konstelacjach różnica w czasie osiągnięcia docelowej orbity może mieć bardzo duże znaczenie ekonomiczne. Zadaniem satelity nie jest bowiem samo orbitowanie wokół Ziemi, ma on konkretny ładunek użyteczny na pokładzie np. teleskop optyczny, z którego może korzystać tylko wtedy, gdy znajdzie się we właściwym miejscu, co wynika z konkretnych założeń misji.
W Europie coraz częściej mówi się o budowaniu niezależności technologicznej. Odczuwacie większe zainteresowanie europejskimi dostawcami właśnie z tego powodu?
Tak, szczególnie w projektach instytucjonalnych europejskie pochodzenie technologii staje się coraz ważniejszym argumentem. Widzimy rosnącą świadomość tego, że Europa powinna posiadać własne kompetencje również w obszarze napędów.
Nie sądzę jednak, żeby samo pochodzenie wystarczyło do zdobycia kontraktu. Klient nadal oczekuje produktu, który spełni wymagania misji i będzie dostępny w odpowiednim terminie. Niezależność technologiczna może otworzyć drzwi, ale później trzeba wygrać produktem. W naszym przypadku dodatkową wiarygodność buduje współpraca z ESA i stopniowe kwalifikowanie technologii do bardziej wymagających europejskich misji. Jesteśmy gotowi budować europejską niezależność i liczymy, że takie kontrakty, na szczeblu UE lub dużych przedsięwzięć konsorcjalnych, faktycznie się pojawią. I że będą miały w środku polskie lub przynajmniej europejskie, systemy napędowe.